Według Dariusza Dudki byliśmy dla Kamerunu równorzędnym rywalem i gdyby nie rażąca nasza nieskuteczność, skończyłoby się remisem 3-3. Maciej Iwański – komentator TVP – po pierwszej połowie bronił przegrywających 0-1 Polaków, by po 90 minutach dramatycznie pytać co dzieje się z naszą reprezentacją. Tymczasem w drugiej połowie nie zmieniło się nic – Polacy przez cały mecz byli o klasę gorsi od Kamerunu. Jednej z najsłabszych drużyn mundialu, która grała w eksperymentalnym składzie, w dodatku z tymczasowym trenerem. Okazało się, że jeden piłkarz znakomity i dziesięciu graczy przyzwoitych w zupełności wystarczy, by pognębić biało – czerwonych.
Od razu na wszelakich portalach i forach znów zaczęło pojawiać się nawracające zdanie, że polscy piłkarze to banda partaczy, z których nawet Mourinho czy Del Bosque nie ulepiłby graczy przynajmniej przyzwoitych. Odważę się zakwestionować tą tezę a nawet pójść dalej i stwierdzić, że od dawna polska piłka nożna nie miała takiego potencjału wśród piłkarzy ofensywnych. Lewandowski? Najlepszy wysunięty napastnik od czasów Juskowiaka i Kowalczyka, co powinien udowodnić w Dortmundzie. W środku pola
Kolejny sezon piłkarskiej ekstraklasy można uznać za rozpoczęty. Gdy pisze te słowa GKS Bełchatów prowadzi z Polonią Bytom 1:0, a dzień wcześniej okazało się, że w europejskich pucharach pozostała tylko jedna polska drużyna.
Jak co roku, z wielkim piłkarskim smakiem będziemy śledzić poczynania kopaczy w naszym pięknym nadwiślańskim kraju. I jak co roku damy się wciągnąć w tą nieustanną i bezczelną grę pozorów. Bezczelną ponieważ serce kibica nigdy nie przestaje bić. Kibic z definicji jest naiwny jak małe dziecko. Jest bezbronny, uwierzy nawet w największy piłkarski kit. Po raz wtóry damy się wrobić w jałowe - jak się okazuje po każdym sezonie - dyskusje o tym kto będzie walczył o mistrza, a kto o udział w eliminacjach Ligi Europejskiej. Będziemy z uwagą nasłuchiwać opinii przeróżnych ekspertów, mówiących jak jest fajnie. Że rywalizacja jest fajna i ciekawa. Telewizja będzie nam wciskać beznadziejne „coś” w pięknym, iście zachodnim opakowaniu. Bez względu ile razy takie czarne czwartki czy środy będą się powtarzać to i tak damy sobie wmówić, że za rok będzie lepiej. Że się uda przetrwać do piłkarskiej wiosny bez żenujących porażek z Karabachami
We współczesnej piłce kończy się pewne epoka. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej, Raúl González Blanco ma ogłosić odejście z Santiago Bernabeu. 27 lipca stanie się chyba dniem żałoby w Madrycie.
Raul, rodowity Madrytczyk, jest postacią absolutnie wyjątkową w świecie hiszpańskiej piłki. Urodzony 27 czerwca 1977 r., do młodzieżowej drużyny Realu (Castilla), Gonzalez trafił w roku 1994. Co ciekawe, z drużyny odwiecznego rywala zza miedzy – Atletico Madryt. Kiedy Jesus Gil zdecydował się ozwiązać drużyny młodzieżowe Atletico, młody Raul nie wahał się długo i trafił do drugiego wielkiego klubu ze stolicy Hiszpanii – Realu. Można tylko domniemywać, jakie klątwy rzucali włodarze Atletico, obserwując później eksplozję talentu Raula. Po dobrych (16 bramek w 9 (!) meczach) występach w drużynie młodzieżowej Realu, Raul przeskoczył do rezerw, a stamtąd – już do pierwszej drużyny. Mając 17 lat, Gonzalez stał się najmłodszym piłkarzem, jaki założył koszulkę Realu w meczu ligowym. Zadebiutował w spotkaniu z Zaragozą. Raul trafił pod dwie pary opiekuńczych skrzydeł - trenera Jorge Valdano i jednej z największych legend Realu – Emilio
Polska to dziwny kraj. Szczególnie jeśli chodzi o futbol. Mimo, że raz po raz reprezentanci naszej ligi dostają po tyłku od futbolowych potęg typu Dinamo Tibilisi, Vetra Wilno czy Levadia Tallinn, to nie wiedzieć czemu, wciąż mamy poczucie całkowitej wyższości i na porażki patrzymy przez pryzmat „wpadek”.
Jak wiemy wszystkie nasze eksportowe ekipy znalazły się w dalszej fazie europejskich pucharów. Był jeden wątpliwej jakości horror, jeden wymęczony „zwycięski” remis oraz zwycięstwo w dość przyzwoitych rozmiarach. Pisze to troszkę z perspektywy kilku lat wstecz. Wtedy każdy kibic mógłby narzekać na styl w jakim awansowały dalej Ruch, Wisła i Lech. Teraz powinniśmy skakać z radości. Udało się!
Ostatni okres - proszę sobie wybrać przedział czasowy stosowny do oczekiwań - to równia pochyła polskiej piłki klubowej. Stały repertuar, początek sezonu i strach przed kompromitacją. Dwaj nierozłączni kompani. Ciągle ta sama stara gadka, o szansie jaką jest Euro 2012, o nowych stadionach. Wygląda naprawdę mizernie, jak widzimy taką lipcową ogórkową kopaninę z uczestnictwem trzech najlepszych drużyn poprzedniego sezonu.
Żegnaj Afryko. Piłkarskie XIX Mistrzostwa Świata, w sobotni wieczór odstawione zostały na półkę historii. Jaki to był mundial?
Szczerze musze przyznać, iż mój stosunek do futbolowego wydarzenia numer I w tym roku, jest silnie ambiwalentny. Szatańskie wuwuzele i bramki po dwumetrowych spalonych podnosiły drastycznie ciśnienie. Jednak po chwili przychodziło dziwne uspokojenie. To był urok. Urok Afryki.
Oczywiście na pewne rzeczy nie da się całkowicie przymknąć oka. Fatalna polityka bezpieczeństwa na stadionach, które do tego, często z winny organizatora nie wypełniały się w przyzwoitym stopniu. Przestępczość - mimo, iż jakiś większy Armagedon się nie wydarzył, to jednak grupa „szczęśliwców” pozbawiona fantów, była całkiem spora. Na szczęście panie lekkich obyczajów podobno zbytnio nie zarobiły na swoich usługach, co częściowo wyklucza inną jeszcze mroczniejszą wizję…
Za złe odcienie mundialu odpowiada po części także i FIFA. Jabulani. Fajnie, że kilku piłkarzy jak np. Forlan poskromiło futbolówkę znanego producenta, ale jednak zdecydowanej większości ta sztuka w stu procentach się nie powiodła. Dużo