| Dawid potrafi
|
| 2008-03-17 21:23:38
|
Niewiele ponad tydzień temu poznaliśmy wszystkich półfinalistów Pucharu Anglii. Dla piłkarskiego laika, sporadycznie przeglądającego strony internetowe związane z futbolem, wraz z pierwszym spojrzeniem na drużyny, które na Wembley staną do walki o finał tych najstarszych piłkarskich rozgrywek na świecie, pojawił się nie lada problem – co to za kluby? Ano tak, o ile zespoły Portmouth i West Bromwich Albion można jeszcze skojarzyć z występów w Premier League (tych drugich w angielskiej ekstraklasie już parę lat nie ma, ale jak byli, to w ich bramce stał Tomasz Kuszczak), ale Barnsley i Cardiff City, które od lat okupują niższe ligi, rozpoznać nie sposób. Szczególnie, że w FA Cup w ostatnich latach regularnie zwyciężały ekipy bijące się rok w rok o mistrzostwo Anglii (od 1996 roku nieprzerwanie ktoś z tzw. „Wielkiej czwórki”, czyli Manchester United, Chelsea i Arsenal Londyn oraz FC Liveerpool).
Na wstępie trzeba odrzucić wszelkie oskarżenia pod adresem tegorocznej edycji FA Cup. Padło wiele zarzutów, że przez odpadnięcie gigantów turniej stał się niszowy i w kwestii prestiżu jego znaczenie spadło do minimum. Kibice na całym świecie, nie tylko na Wyspach, nie będą mogli bowiem podziwiać tricków Cristaniano Ronaldo, fenomenalnych podań Cesca Fabregasa, atomowych strzałów Franka Lapmarda czy niesamowitych robinsonad Jose Reiny. Nie będą, bo od gwiazd lepsi okazali się znacznie mniej znani piłkarze, często rozpoznawalni tylko w swoich miastach. Z punktu widzenia przeciętnego fana, nie stało się dobrze. Ale ci właśnie wręcz anonimowi zawodnicy swoją ciężką pracą, determinacją, ambicją i ogromną wolą walki sprawili nie lada sensacje.
Godny podkreślenia jest wyczyn Barnsley. Głośno o drużynie Simona Davey’ego, który dopiero po raz pierwszy w karierze prowadzi zespół samodzielnie, zrobiło się 16 lutego tego roku. W obecności ponad 42 tysięcy fanów „The Tykes” pokonali na Anfield Road faworyzowany Liverpool, strzelając zwycięską bramkę już w doliczonym czasie gry. W 92 minucie na stadionie zapadła absolutna cisza. Kibice gospodarzy nie byli w stanie uwierzyć w to, co przed chwilą się stało. A w Anglii, ba, w całej Europie sensacja. Jakby tego było mało, w następnej rundzie Barnsley na własnym boisku odprawiło z kwitkiem kolejnego potentata, naszpikowaną gwiazdami i płynącymi z kieszeni Romana Abramowicza Funtami, londyńską Chelsea. Po końcowym gwizdku piłkarze i kibice oszaleli z radości. Na płycie boiska aż zaroiło się od dziękującym swoim piłkarzom fanów. Ich radość była szczera, piękna, płynąca prosto z serc. W coraz bardziej skomercjalizowanej piłce mamy takich obrazków, niestety, coraz mniej.
Fenomen Barnsley polega na tym, że w lidze zajmuje odległe, bo dopiero 17 miejsce. Radzący sobie przeciętnie na drugoligowych boiskach piłkarze potrafili jednak wznieść się na wyżyny swoich umiejętności i stawić czoła wybitnym w swoim fachu kolegom. To nie popularność, markowe ciuchy czy, co najważniejsze, pieniądze, grają na boisku. Sercem do walki i poświęcenia zawodnicy Barnsley pokazali innym zespołom, że w konfrontacji z dużo silniejszym i bardziej znanym rywalem nigdy nie stoją na z góry straconej pozycji. Trzeba tylko uwierzyć, że jednak można, że się da. A da się wszystko.
Niewiele lepiej w lidze poczynają sobie sprawcy kolejnej sensacji, trochę przeze mnie pominięci kopacze Cardiff City. Czternasta pozycja szczytem marzeń Walijczyków nie jest, nie ma się co oszukiwać. Ale triumf nad Middlesbrough na Riverside Stadium, w dodatku bez straty gola (2-0), należy uznać za osiągnięcie nieprzeciętne. W klubie są dwie niekwestionowane gwiazdy: Robbie Fowler i Jimmy Floyd Hasselbaink. Obaj jednak, jako piłkarze, nie do końca spełnieni. Z pewnością wzniesienie Pucharu Anglii na wypełnionym do ostatniego miejsca Wembley byłoby dla nich miłym akcentem na koniec karier.
Los tak chciał, że Barsnley zagra właśnie z Cardiff w półfinale FA Cup. Pojedynek dwóch „czarnych koni”, czy jak kto woli kopciuszków, już teraz zapowiada się bardzo interesująco. Może nie będzie to mecz naszpikowany sztuczkami technicznymi i piłkarską finezją, ale na pewno nie zabraknie w nim walki, woli walki. Do ostatniej minuty zawodnicy obu drużyn będą gryźć trawę i walczyć o zwycięstwo, nie będzie kunktatorstwa i piłkarskich szachów. To, czego futbolowi z każdym rokiem coraz bardziej brakuje, czyli pierwotnego ducha zwycięstwa i fair play.
PS. W drugim półfinale zmierzą się Portsmouth i West Bromwich Albion. Ci pierwsi również pokusili się o niespodziankę, eliminując na Old Trafford akutalnych mistrzów Anglii, Manchester United. Tyle, że „The Pompeys” już od kilku lat grają w Premier League, a od zeszłego sezonu stali się naprawdę solidną ekipą. W ich przypadku zaskoczenie wynikiem nie było aż tak wielkie. Niemniej jednak należą się gratulacje, tak jak wszystkim półfinalistom FA Cup.
Autor: Mateusz Jaworski
|
| Dodał: sawu
|
|
|
Komentarze:
| Barnsley i Cardiff to pikuś przy Carquefou (CFA 2 - odpowiednik 5. ligi!), który kilka dni temu wyeliminowało Olympique Marsylia.
|
|
| Autor: Ciechan
| 2008-03-21 16:49:42
|
|
| Fajny felietonik :] Nieźle Jawor...
|
|
| Autor: Znicz
| 2008-03-20 15:38:57
|
| tak będą TOMASO , w każdej lidze jedno miejsce należy sie zdobywcy pucharu kraju
|
|
| Autor: lozap87
| 2008-03-19 20:54:03
|
| ktos wie czy jak np.burnsly wygra to beda grali w pucharze UEFA
|
|
| Autor: TOMASO
| 2008-03-19 19:53:21
|
| w dzisiajszym footballu nikogo nie moża lekceważyć, a chyba tak się stało z barnsley, które wyeliminowało liverpool i chelsea
|
|
| Autor: Beattie
| 2008-03-18 17:01:55
|
|
|
|
|
Strona Transfery.info nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, zachowując jednocześnie prawo do ich usuwania w przypadku użycia przez komentującego określeń powszechnie uznawanych za wulgarne, bądź obraźliwe.
|
|
|
|